Menu strony:






Jedynaczka




JóZEF KORZENIOWSKI
JEDYNACZKA
I
W roku 1811 pani Bliczyńska odprowadziła zwłoki męża do grobu.
Wracając z Mniowa, gdzie na cmentarzu kościelnym w grobie rodziny zostawiła, co miała najdroższego w życiu, siedziała w karecie, wolno idącej po drodze piaszczystej, prawie
nieprzytomna sobie, znękana bolem i płaczem, uniesiona myślą do tej ciemnej krainy, po której szukała ukochanego oblicza i gdzie starała się przeniknąć tę zasłonę, która je
zakryła na wieki.
Obok niej siedziała jedenastoletnia córka Pelisia, w grubej żałobie równie jak i matka, ale nie okazująca tak głębokiego żalu, jakim by powinna była być przejętą straciwszy
ojca, który miał ją jedne i zdawał się dla niej tylko żyć i oddychać.
Pelisia była więcej nadąsana niż smutna, bardziej jakby z czegoś niekontenta niż przenikniona swoim położeniem, które mogła już pojmować i rozumieć.
Wyglądała ona często przez okno karety, przypatrywała się drodze i piękna jej twarzyczka przybierała coraz bardziej wyraz złego humoru i samowolności, z której można było
poznać, że przywykła do rządzenia tymi, co ją otaczali. Wreszcie odgarnąwszy ciemne włoski, które jej lazły do oczów czarnych i błyszczących, rzekła:
— Mamo!
dokąd my jedziemy?
— Kazałam jechać do Lasockiej Woli, moje dziecię —. odpowiedziała matka — gdzie jakiś czas przemieszkamy. W domu nie wytrzymałabym.
Tam w każdym kącie żyje pamięć tego, którego już nie obaczymy nigdy.
I załamawszy ręce biedna kobieta zaniosła się od płaczu, który zdawał się rozrywać jej piersi.
A potem spojrzawszy na córkę, której oczy były prawie suche, ale na twarzy pokazało się prawdziwe zmartwienie, chwyciła ją w objęcia, zaczęła z namiętnością ściskać i
całować i zawołała głosem, który by kamień zmiękczył:
— O moje dziecię! tyś mi teraz jedna tylko pozostała. Wszystkie moje skarby w grobie.
Oprócz ciebie nie mam już nic, nic na tym świecie. Pelisia ściskała matkę, całowała jej ręce, położyła główkę swą na jej piersiach, ale jej oczy nie zalały się łzami, a z rumianej twarzy znikł wprawdzie zły humor i
grymas uporu, ale nie wyraziła się na niej głęboka boleść, jaka by ją na widok stanu matki przejąć była powinna.
Owszem, ten głos nieograniczonej miłości, który się w ostatnich jej słowach odbił, rozlał jakąś radość po licu dziewczynki, jakby kontenta była z tego, że się stała jedynym
dobrem tej, od której zależała i która odtąd każdemu jej kaprysowi dogodzi. Po niejakim czasie rzekła znowu:
— Mamo! ja nie chcę jechać do Lasockiej Woli.
Tam tak pusto i smutno, tam nie ma ani firanek, ani ogrodu.
— Czyż nam teraz firanki potrzebne i ogród? — rzekła matka patrząc z żalem na córkę.
— Zapewne że nie, mamo, ale cóż ja tam będę robić? Wszystkie moje zabawki w Bliczynie.
— Co ty mówisz, dziecię! — zawołała matka zdziwiona.
A dziewczyna zmiarkowawszy się dodała:
— Tam nie będę miała żadnej książki, żadnego kajetu. Ja tam, moja mamo, zapomnę czytać i pisać.
Obaczysz, że ja tam wynędznieję i z nudów rozchoruję się.
— O! nie mów tego, Pelisiu!
— odpowiedziała matka tuląc ją do siebie — Bóg dobry obroni mię od tego nieszczęścia i zachowa cię zdrową. Zajęcie znajdziesz i w Lasockiej Woli.
Będziemy się modlić, moje dziecię, aby się boleść nasza ukoiła, a przynajmniej twoja, bo mojej nic już zmniejszyć nie zdoła.
— Ja nie chcę, mamo!
— rzekła Pelisia skubiąc i mnąc swą chusteczkę i nie patrząc w oczy matce — żeby się i moja zmniejszała.
Dlatego nie każ jechać do tego brzydkiego domu w Lasockiej Woli, którego ojciec nie lubił i w którym nigdy nie mieszkał.
Ja chcę wrócić koniecznie do Bliczyna, gdzie jest portret ojca.
— Ależ moje dziecię — zawołała matka płacząc — wszystko to rozedrze na nowo nasze serca.
Nie utulisz się w płaczu, gdy spojrzysz na tę twarz, która teraz pod ziemią, gdy wejdziesz do tego pokoju, gdzie on dla nas pracował, gdy dotkniesz tych rzeczy, których co dzień
używał! Pelisiu! — dodała kładąc obie ręce na swej głowie i cisnąc czoło, jakby się rozskoczyć miało — dziecko! ty nie wiesz sama, czego pragniesz.
Taka boleść jak nasza potrzebuje czasu, potrzebuje innego miejsca, innych przedmiotów. Wśród tych pamiątek zgasłego szczęścia naszego będzie nam gorzej.
— Nie, mamo!
nie, będzie nam lepiej. Nie będzie tak pusto, tak dziko. Ja się boję tam jechać, gdzie mnie teraz wieziesz. Tam mi się coś złego stanie.
Matka spojrzała ze drżeniem na płaczącą jedynaczkę i zapomniawszy o sobie, o swoim sercu, o wszystkich wspomnieniach, które tak okropnie uderzyć ją miały na progu tego domu,
gdzie lat trzynaście była najszczęśliwszą z kobiet, kazała zawrócić i powóz potoczył się stosownie do woli dziewczyny, której łzy prędko oschły i w której oczach błysnęło
znowu coś na kształt radości, że się stało, jak chciała.
Czas łagodził stopniami pierwszą, niewymowną' boleść tej zacnej i dobrej kobiety.
Obowiązki znacznego gospodarstwa, potrzeba załatwienia wielu interesów, które mąż zostawił, zajmowały jej czas, rozrywały myśli i przyprowadziły do stanu poważnego smutku,
który czasem zdobił się łagodnym uśmiechem, a częściej w samotności, przy modlitwie przechodził w płacz serdeczny i przynosił jej prawdziwą ulgę i umocnienie.
Ale największą jej pociechą była jej jedynaczka Pelisia. W przeciągu dwóch lat straciła pani Bliczyńska matkę, syna i męża.
Nie dziw więc, że serce jej kochające cały zapas miłości, jakim je Bóg obdarzył, przeniosło na tę córkę, która jej pozostała.


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 Nastepna>>





Polecamy inne nasze strony: